Rekolekcje adwentowe

W dniach 17-19 grudnia br. w naszej parafii miały miejsce male rekolekcje adwentowe. Tematem przewodnim było hasło dobrze znane wszystkim Polakom: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Przez trzy wieczory ksiądz Władysław mówił nam o Panu Bogu, wyjaśnił, co to znaczy być człowiekiem honoru i jak mamy kochać naszą Matkę Ojczyznę.
Nie wszyscy mogli być obecni na naukach w kościele, dlatego zamieszczamy tutaj treść tego nauczania. Życzymy owocnej lektury.

Wierzę w Boga

Wszyscy pamiętamy historię celnika Mateusza, który siedzi w swoim kantorku, zwanym „komorą celną”, i nie wierzy w nic, … tylko liczy: dodaje, mnoży, odejmuje; wypełnia listy dłużników; pisze sprawozdania. Do tego nie trzeba wiary, a już na pewno wiary religijnej. Byleby się słupki cyfr zgadzały. Przychód i rozchód. No i saldo: dodatnie lub ujemne.

Ale któregoś dnia do jego kantorka przyszedł Jezus – nie po to, by coś załatwić: złożyć skargę lub zapłacić podatek. Przyszedł tam dla NIEGO, dla Mateusza! I spojrzał … być może po raz pierwszy ktoś tak spoglądał na niego … i „ujrzał człowieka”. Nie celnika, kolaboranta, zdrajcę, łapiducha, … ale CZŁOWIEKA! I powiedział „pójdź za mną”. (zob. Mt 9, 9 – 13)

         W tej jednej chwili stary świat Mateusza runął w gruzy. Ktoś wreszcie uwierzył w niego, a to znaczy, że jest cenny, że warto z nim przebywać, spotykać się, rozmawiać … i to nie z powodu bogactwa, władzy, układów, uroku osobistego, czy urody, ale warto to czynić dla niego samego! I Mateusz uwierzył Jezusowi … tylko dlatego, że odkrył, iż to najpierw Jezus uwierzył w niego.

         Tak jest też ze mną. Moja wiara ma sens tylko wtedy, gdy odkryję, iż Jezus przychodzi do mnie, człowiek zamkniętego w swoim „kantorku” pełnego kompleksów, obaw, niskiej oceny siebie. A On na to nie zważa i przychodzi dla MNIE. Przychodzi, bo we mnie wierzy – że dobrze użyję swego rozumu, że uczucia nie będą harcowały w moim życiu, że moja wola zacznie szukać Jego woli, i że uczynię ze swego życia dar dla innych, nawet gdy łączyć się to będzie z cierpieniem.

         On mi wierzy zawsze. Nigdy nie powiedział mi: „przekroczyłeś granice”, „tego już za wiele”, „odwracam się od ciebie”, „nie chcę cię znać”. On nie zna takich słów. Zna inne: „i ja cię nie potępiam. Idź, a odtąd już nie grzesz”. To dlatego mówię „wierzę”, bo On pierwszy uwierzył we mnie i ciągle ponawia swą wiarę i zaufanie.

         Powinniśmy dziękować Opatrzności Bożej za to, że mimo naszych grzechów potrafimy rozpoznawać obecność Boga w codziennym życiu. Obyśmy tę obecność mogli rozpoznawać coraz pełniej. Znajdujemy się przecież w sytuacji podobnej do Apostołów, którzy raz po raz tracą wiarę, by odzyskać ją na nowo i ciągle aktualne pozostaje ich i nasze wołanie: „Panie, przymnóż nam wiary…” (Łk 17,5).  

Duchu Święty … bez Twojego tchnienia, cóż jest wśród stworzenia … Pozwól mi przyjść …

         Wiarę w Boga wyznaję razem z Kościołem. A może powinienem powiedzieć odwrotnie – to nie Kościół powtarza ze mną, ale to ja powtarzam z Kościołem. Te słowa wypowiadam dzięki Kościołowi i tylko w Kościele. Bo to nie jest moja prywatna wiara, prywatne odkrycie Bożego zaufania. Bez Kościoła byłbym solistą na pustyni, zazdrosnym o to, że Bóg słucha nie tylko mnie.

Zanim wypowiem moje „Wierzę”, i zacznę rozdawać innym swoją wiarę, to najpierw muszę ją przyjąć. Nie można dać tego czego się nie posiada. A tym, który mi wiarę daje jest Kościół! W liturgii chrztu świętego zaraz na początku, celebrans stawia pytanie rodzicom: „O co prosicie Kościół dla swego dziecka?” I pada jedna z dwóch możliwych odpowiedzi: „o chrzest”, lub „o wiarę”. Obie są poprawne, bo obie wyrażają prawdę o tym, że tylko Kościół może nas obmyć w wodzie chrztu i że tylko Kościół przekazuje mi wiarę.

Czy więc, zanim zacznę mówić umiałem słuchać? Czy wystarczająco przetarłem uszy miłością bliźniego, by usłyszeć Boży głos przekazywany przez Kościół? Bo tu często jest początek kłopotów – recytuję, głoszę, analizuję, ale … czy przyjąłem? czy usłyszałem? czy zjadłem tę „pajdę” chleba, którą jest wiara Kościoła? Jeśli nie, to nie będę głosił wiary, ale siebie … też można, … tylko czy nie szkoda czasu?

Kim jest Bóg, w którego wierzę? Jaki jest mój obraz Boga? Słynny ateista XX wieku, Jean Paul Sartre wśród przyczyn swojej niewiary wspominał doświadczenie z dzieciństwa. Jako mały chłopak, podczas jednej z zabaw prowadzonych pod nieobecność rodziców, wypalił dziurę w dywanie. Wiemy, co rodzi się wtedy w głowie – jak to ukryć przed dorosłymi? Konsekwencje takiego czynu mogą być przecież poważne. No i mały Sartre wymyślił coś godnego filozofa. Przesunął duży kwiat, którego donica zasłoniła dziurę, i z dumą uznał, że problem ma z głowy. Nikt dziury nie widzi. Ale wtedy nagle przebiegło przez jego główkę straszne pytanie: „jak to nikt nie widzi? A Bóg? Przecież On widzi nawet dziurę pod doniczką, której nikt inny nie widzi!” Bóg stał się dla chłopca „podglądaczem” … i tak Sartre odrzucił takiego Boga w imię własnej wolności. Przestał wierzyć w „Boga – podglądacza”.

A jaki jest mój Bóg? Co ja o Nim wiem? Pamiętam jak mówiła mi o Nim  mama, gdy klękaliśmy razem do pacierza. Dobry Bóg patrzył na mnie z obrazu i chodziłem Go odwiedzać w kościele. Potem zrozumiałem, że słowa mamy były zbyt małe, by wyrazić Jego wielkość, dobroć i wspaniałość, więc uzupełniałem je o słowa własne, słowa świętych lub teologicznych autorytetów, ale nadal czułem niedosyt … i wreszcie dokonałem wielkiego odkrycia, że Bóg mówi mi sam o sobie, czyli że objawia mi siebie, bo choć „Nie widzą Ciebie moje oczy, Nie słyszą Ciebie mojej uszy, A jesteś światłem w mej pomroczy, A jesteś śpiewem w mojej duszy”. (L. Staff)

Ja spotkałem to „światło”. Dotarł do mnie ten Jego „śpiew” … i dociera ciągle na różne sposoby – przez piękno świata, wydarzenia życia, przez Słowo Boże, wspólnotę Kościoła, przez Eucharystię, przez dobrych ludzi. Tam jest Jego „światło”, tam jest Jego „śpiew”. Kto raz się na Niego otworzy pozna niewysłowioną Miłość przerastającą wszelkie zrozumienie.

Może wtedy i ja powtórzę o Nim za św. Augustynem: „Kimże ty jesteś, mój Boże? (…) Niezmienny, a wszystko zmieniasz, nigdy nowy, nigdy stary, wszystko zaś odnawiasz, a na pyszałków – bez ich wiedzy – sprowadzasz starość. Nieustannie działasz, w nieustannym spoczynku. Zbierasz, chociaż nie potrzebujesz: przynosisz i napełniasz, i osłaniasz, stwarzasz i żywisz i doskonalisz, szukasz, chociaż niczego Ci nie brakuje. Miłujesz, a to Cię nie spala; jesteś zazdrosny, a trwasz w pokoju; żałujesz, a to Cię nie boli, gniewasz się, a nie jesteś wzburzony.

Pamiętajmy, że jakikolwiek nie byłby mój obraz Boga, to sam ten obraz nie jest Bogiem. Proste łacińskie wyrażenie stwierdzało: „Deus semper maior” – „Bóg jest zawsze większy”. Cokolwiek bym o Nim nie powiedział, jakikolwiek wzniosły obraz Boga bym nie posiadał, to On jest większy od najwspanialszego obrazu. Dlatego nigdy się nie skończy odkrywanie Jego głębi i prawie zawsze, gdy już wydaje mi się, iż wreszcie coś z bożych spraw rozumiem, to On ciągle mnie zaskakuje, odsłaniając że jest „większy” niż moje dotychczasowe rozumienie.

Kiedyś jeden ksiądz opowiadał: „Oglądałem zdjęcie mojego ojca. Wpatrywałem się w jego twarz. Lubię na nią patrzeć, bo w niej odnajduję wszystkie minione lata, całą troskę, miłość i trud poniesiony po to, aby moje życie było bezpieczne i godne. Miałem szczęście, że taki był mój ojciec. Ale znam swoich przyjaciół, którzy nie byli tacy szczęśliwi. Ich obraz ojca przywołuje niezabliźnione rany. Skąd się wzięły? Sprawiły je ucieczki w nocy przed pijacką awanturą, bicie i znęcanie się psychiczne, wszechobecne kłamstwo, wstyd przed innymi za takiego ojca, brak czasu na rozmowę. Każde z tych zdarzeń to rana, która trudno się goi. Ale to także przeszkoda w poprawnym kształtowaniu mego obrazu ojca – tego ziemskiego jak i Tego w niebie.

Jednak mimo ewentualnych przeszkód, stwierdzenie, że Bóg to kochający Ojciec jest zwrotem rewelacyjnym”.

         Izrael, lud Starego Przymierza, nie zwracał się tak do Boga. Dla nich Jahwe to „Pan zastępów”, „Pan nad Pany”, „potężny Opiekun”, „wódz Izraela”, „Król królów” i „Pan panujących”. Dopiero Jezus Chrystus przyniósł nam prawdę, że Bóg jest Jego i naszym Ojcem. Rewelacja! Bo to znaczy, że między nami istnieje ta najczulsza i najbliższa na ziemi więź, jaką ma dziecko ze swoim rodzicem. A więc nie jestem sierotą kosmiczną, kimś pozbawionym celu i sensu istnienia. Mam Ojca, więc nie tylko z „prochu powstałem i w proch się obrócę”, ale – jak to pisał Brandsteatter – „z miłości powstałem i w miłość się obrócę”. Całe ziemskie życie Jezusa jest nieustannym głoszeniem tego ojcostwa. Od pierwszych Jego chwil w domu Ojca, gdy jako 12 letni chłopiec pozostał w świątyni, czego nie zauważyli Jego rodzice, aż po słowa konania na krzyżu – „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mego”.

         To także mój Ojciec … Abba … Tatuś – odnajdę Go, gdy jak syn marnotrawny wrócę z powrotem do domu, gdy jak Jezus całą noc spędzę na rozmowie z Nim, albo gdy w chwili trwogi będę prosił: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, ale Twoja niech się stanie!” (Łk 22, 42).

         Mój Bóg nie jest jakimś super-siłaczem, który jak mityczny Atlas potrafi podnieść świat cały; czarodziejem, który potrafi jednym dotknięciem różdżki zmienić skałę w kwiat, i z ropuchy uczynić królewnę; złotą rybkę, która spełnia wszystkie zachcianki … nie taki jest Wszechmogący Bóg.

         W jednej z modlitw we Mszy świętej znajdujemy zdumiewający tekst: „Boże, Ty przez przebaczenie i litość najpełniej okazujesz swoją wszechmoc..”. Co w tym tekście zdumiewającego? To, że Boża wszechmoc przedziwnie powiązana jest z pokorą. Nie ma w niej nic z „show”, na które czasem człowiek tak bardzo liczy. Pierwszy raz zwrot, że „dla Boga nie ma nic niemożliwego” pojawia się w Starym Testamencie, gdy mowa o tym, że stara i bezpłodna Sara będzie za rok cieszyć się dzieckiem. Ten sam zwrot powtórzy się także w chwili Zwiastowania – w tej najważniejszej dla świata rozmowie Boga za człowiekiem, która dokonuje się w ukryciu nazaretańskiego domku.

         Jednym z największych wyzwań dla stwierdzenia o wszechmocy Bożej jest obecność w moim życiu cierpienia i śmierci. „Czy Bóg nie mógł stworzyć świata bez łez, bólu i śmierci?” Jeśli pozostanę na poziomie słownej argumentacji, to łatwo mi obrazić się na Boga, że takiego świata nie stworzył. Można jednak wyjść poza słowa i pochylić się z serdeczną troską nad cierpiącym, a wtedy zobaczę, jak miłość potrafi przemieniać człowieka i pozbawić zło choroby jego najstraszniejszych kolców.

Przypomnijmy sobie jeszcze inne określenia Boga, które zwane są Jego przymiotami. Zaufajmy słowom Pisma i skorzystajmy z tego, co Bóg mówi sam o sobie. A Pismo św. mówi, że:

Bóg jest wieczny, co oznacza, że nie ma ani początku, ani końca. Jest nieśmiertelny, nieskończony (Pwt 33:27; Ps 90:2; 1 Tym 1:17).

Bóg jest stały, co oznacza, że nie zmienia się. Oznacza to też, że jest godny zaufania i można na nim polegać (Księga Ml 3:6; Lb 23:19; Ps 102:26,27).

Nie można go porównać z nikim innym, co oznacza, że niczyje dzieła czy natura nie są porównywalne z Jego dziełami i naturą; jest niezrównany i doskonały (2Sam 7:22; Ps 86:8; Iz 40:25; Mat 5:48).

Bóg jest niezbadany, co oznacza, że jest on niezgłębiony, nieprzenikniony, całkowicie ponad nasze zrozumienie (Iz 40:28; Ps 145; Rz 11:33,34).

Bóg jest sprawiedliwy. Oznacza to, że nie ma ulubieńców, którym okazywałby jakieś szczególne względy (Ps 18:30).

Bóg jest wszechobecny, co oznacza, że jest zawsze i w każdymi miejscu. To nie oznacza, że Bóg jest wszystkim (Ps 139:7-13, Jer 23:23).

Bóg jest wszechwiedzący. On zna zatem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, nawet to, o czym myślimy w każdym momencie.

Skoro wie wszystko, Jego sprawiedliwość zawsze będzie wymierzana rzetelnie (Ps 139:1-5).

Bóg jest jeden, co oznacza nie tylko, że nie ma innego, ale także jedynie On umie zaspokoić najgłębsze pragnienia naszego serca. Jedynie On zatem jest godzien naszego uwielbienia i oddania (Pwt 6:4).

Bóg jest suwerenny, co oznacza, że jest najwyższy; całe Jego stworzenie, umyślnie lub nie, nie może pokrzyżować Jego zamysłów (Ps 93:1, 95:3; Jer 23:20).

Bóg jest duchem, czyli jest niewidzialny (J 1:18, 4:24).

Bóg jest święty, a to z kolei oznacza, że oddzielony jest od wszelkiego grzechu. Bóg widzi wszelkie zło i gniewa go ono; często mówiąc o świętości Biblia przywołuje obraz ognia. Bóg jest jak trawiący ogień (Iz 6:3, Ha 1:13; Wj 3:2,4,5; Hbr 12:29). • Bóg jest Miłością – to chyba najkrótsze i najprostsze określenie Boga przez św. Jana

Bóg jest łaskawy: tu zawierają się Jego dobroć, życzliwość, miłosierdzie.

Na końcu tej, bynajmniej nie kompletnej listy, wymieniłem „miłosierdzie”. To bardzo „modny” przymiot Boży w ostatnich czasach. Nie zawsze tak było. Dopiero kanonizacja św. S. Faustyny, a także osobiste świadectwo i autorytet Jana Pawła II wydobyły tę charakterystyczną cechę Boga niejako na pierwsze miejsce. Czy nie jest to jednak kolejny „znak czasu”? Pytanie tym bardziej uzasadnione, skoro św. S. Faustyna otrzymała następujące polecenie: „Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga. Wszystkie dzieła rąk moich są ukoronowane miłosierdziem” (Dzienniczek 301).

Nie jest łatwo wierzyć w Boga. W moim życiu było już tyle deklaracji bez pokrycia, słów „rzucanych na wiatr”, urokliwych zwrotów, za którymi zionęła pustka … Oby tak nie było tym razem. Bóg Ojciec pragnie z moich słów uczynić więź ze sobą. Jego Słowo stało się ciałem … a moje?

Niektórzy wyprowadzają etymologię słowa „credo” od dwóch łacińskich słów „cor” i „do”, a więc „daję serce”. Właśnie. W wyznaniu wiary, w moim „credo” nie chodzi tylko o słowa, ale o to, czy „dam serce”, czy wypowiadane słowa staną wyrazem mego „serca” – mej woli, myśli, uczuć, nadziei, całego życia.

To „danie serca” ma rożne etapy intensywności, tak jak moje życie. Nie zawsze przecież jestem skupiony na tym co mówię, nie zawsze moje zaangażowanie jest całościowe, pełne. Robię wiele rzeczy automatycznie, połowicznie, czasem bez głębszej refleksji. Tak może być też z moim wyznaniem wiary. Dlatego w Kościele staramy się nadać mu charakter uroczysty. W czasie Mszy wstajemy, aby wypowiadać te słowa. Jakbyśmy chcieli obudzić uśpionego Ducha i pobudzić go do jak najbardziej świadomego i uważnego wypowiadania tego w co wierzę.

Św. Jakub zostawił nam list, w którym pisze do ludzi, którzy kiedyś też jak ja wypowiadali „credo”, czyli „dawali serce”, a jednak wiara ich osłabła, być może osłabła na tyle, że nie tylko nie było w niej już za wiele serca, ale nawet stała się przykrywką dla niegodziwości. Dlatego św. Jakub pisze do adresatów, bo nie chełpili się swoją wiarą bo „diabeł też wierzy i drży” (Jk 2, 19) … i niestety  diabeł nadal pozostaje diabłem. Czego mu brakuje? Św. Jakub wyjaśnia to przepięknie, więc lepiej jemu oddać głos: „Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy /sama/ wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie”. (Jk 2, 14 – 17)

Jakby to powiedział ks. Jan Twardowski: „to wszystko psu na budę, bez miłości”.  „Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”. (1Kor 13, 13)

Wiara domaga się poznania Tego, w kogo wierzę. Wyrażamy to dumnie w kościelnej pieśni: „Ja wiem, w kogo ja wierzę, stałością duszy mej…”.  I obym to robił nie tylko w akademickim stylu, ze słownikami i komentarzami na stole, ale spróbował modlić się tymi tekstami, bo nic nie zastąpi osobistego spotkania z Bogiem.

Wierze mojej pomaga także poznanie Bożych przyjaciół. To tak Karol Wojtyła trafił na duchowość Adama Chmielowskiego, „brata naszego Boga”. A iluż ludzi spotkało i poznało Boga przez Matkę Teresę z Kalkuty, czy przez posługę Ojca Pio?

To takie „sztandarowe” postacie. Ale gdy się dobrze rozejrzę, to może znajdę takich przyjaciół Boga obok siebie. Warto być przyjacielem przyjaciół Boga. Przypomnijmy choćby historię prostego krawca z krakowskich Dębnik, który nazywał się Jan Tyranowski. Pewnie nikt z nas by o nim nie wiedział, gdyby Karol Wojtyła nie spotkał go w czasie wojny. Wszystko zaczęło się od różańca a skończyło na głębiach teologii karmelitańskiej, oddaniu Maryi, i wyborze kapłańskiego powołania. Środowisko które wybieram ma na mnie wpływ. Nie bez powodu mówimy, że „kto z kim przestaje, takim się staje”. Poszukam więc koło siebie przyjaciół Boga. Oni nie zawsze są na świeczniku, czasami są cisi i nieśmiali jak Tyranowski, ale wśród nich mój mały płomyk wiary ma szansę stać się przemieniającym ogniem.

Wiara wyklucza inne „wiary” – w czary; zabobony; karty Tarota; wróżby; czarne koty co na nieszczęście przelatują drogę; nieszczęśliwe 13; czerwoną bieliznę co daje szczęście na maturze; w kadzidełka, które niosą energię duchową, w techniki, które pomagają „rozpłynąć się” w absolucie, w kamyk co daje energię, w to, że nie wolno zawierać małżeństw w maju… listę tę można ciągnąć długo. Przypomina ona o tym, że wiarę można stracić, że nie jest to łaska dana raz na zawsze. Moja troska o wiarę, o jej pogłębianie to jedna strona. Drugą jest unikanie tego, co wiarą chrześcijańską nie jest. Na straży mojej wiary stoi pierwsze Boże przykazanie: „nie będziesz miał bogów cudzych przed mną!”

Nigdy zatem dość przypominania, że wiara to przede wszystkim czyny i postawy. Prędzej czy później jeśli nie postępuję tak, jak wierzę, to zaczynam wierzyć tak, jak postępuję.

Zdaję sobie sprawę z tego, że moje życie nie zawsze prowadzi mnie do przyjaciół Boga. Nie zawsze mam wokół siebie tych, którzy tak żyją wiarą w Boga Ojca Wszechmogącego, że staje się to wsparciem dla mojej wiary. Zwłaszcza w moim życiu zawodowym i społecznym ciągle wystawiony jestem na zderzenie ze światem niewiary. Często jest to świat bardzo agresywny i wrogi. I zaczyna się: albo bitwa, albo kompromisy … i ciągłe testowanie, aluzje, tematy, których nie poruszamy, ale i tak wiszą one nad nami jak trujący dym nad głową.

Cóż możemy powiedzieć naszym braciom i siostrom niewierzącym? Może tylko to, co napisał ks. Jan Twardowski, w podobnej sytuacji:

„Nie przyszedłem pana nawracać zresztą wyleciały mi z głowy wszystkie mądre kazania, jestem od dawna obdarty z błyszczenia jak bohater w zwolnionym tempie nie będę panu wiercić dziury w brzuchu pytając co pan sądzi o Mertonie, nie będę podskakiwał w dyskusji jak indor z czerwoną kapką na nosie, nie wypięknieję jak kaczor w październiku nie podyktuję łez, które się do wszystkiego przyznają nie zacznę panu wlewać do ucha świętej teologii łyżeczką, po prostu usiądę przy panu i zwierzę swój sekret że ja, ksiądz, wierzę Panu Bogu jak dziecko”.

Wierzyć jak dziecko i zaufać bezgranicznie Panu Bogu!

”Wiarą ukorzyć trzeba, zmysły i rozum swój, bo tu już nie ma chleba! To Bóg, to Jezus mój! – śpiewamy  w jednej pieśni eucharystycznej. ”Pan mój i Bóg mój!” wykrzyknął zdumiony Tomasz Apostoł, kiedy własnoręcznie zweryfikował autentyczność ran Zmartwychwstałego Mistrza i usłyszał jakże niespodziewane słowa: ”Uwierzyłeś ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29).

Błogosławieni, którzy wierzą i zachowują moje przykazania. „Będę ich Bogiem, a oni będą moimi synami i córkami”. (Por. 2 Kor, 16,18).

Tak wiele wartości zatraca dzisiaj swoje pierwotne, aksjomatyczne  znaczenie, próbujemy uniwersalne wartości  dostosować do naszych potrzeb, do tego co łatwiejsze, prostsze, nie wymagające wysiłku. Podważamy wartość małżeństwa, żyjąc latami bez ślubu, twierdząc, że małżeństwo nie jest niczym istotnym, że tak naprawdę liczy się tylko miłość.  Miłość sprowadzamy do wspólnego konsumowania  życia, zapominając o wzajemnym szacunku, podziwie, zrozumieniu, wrażliwości na potrzeby drogiej nam osoby. Szacunek traktujemy jako przeżytek, deprecjonujemy autorytety, bo któż dzisiaj mógłby być dla mnie tak ważny, skoro najważniejszy zawsze jestem ja sam. Kulturę osobistą i dobre wychowanie traktujemy jako słabość a bezczelność i bezwzględność podnosimy do rangi przebojowości i umiejętności radzenia sobie w życiu. Uczciwość przedstawiamy jako głupotę i naiwność.  Dobroć, jako zgodę na wykorzystywanie. Promujemy to co dla nas jest wygodne, preferując hedonistyczny styl życia. Przekraczamy dotychczasowe  granice dobrego smaku. Skupiamy się na sobie, często krzywdząc i  zapominając o ludziach żyjących wokół nas.

Wykorzystajmy to nasze dzisiejsze spotkanie, aby wspólnie przypomnieć sobie czym jest honor i zastanowić się nad jego rolą w naszym życiu.

           Wiele razy słyszymy wezwanie bądź człowiekiem honoru czy miej człowieku honor. Znamy zarówno powiedzenia wychwalające ludzi honoru,  jak też postawy, które nie licują z tym pojęciem. Bohater dramatu Maksyma Gorkiego „Na dnie” powie wprost:  A na co komu honor i sumienie? – ich zamiast butów na nogi nie wzujesz.  Z kolei, hiszpański pisarz Miguel de Cervantes sformułuje słynną tezę: Człowiek bez honoru to gorsze niż śmierć. Ulotne, niby nieuchwytne i niewymierne,  a jednak jakże ważne jest pojęcie honoru, bez którego, w codziennym życiu trudno  się  jest obejść.

Kto wiec jest człowiekiem honoru, a kto nim nie jest? Co to jest honor i skąd  czerpać siłę na bycie honorowym?  Postaram się odpowiedzieć na te pytania w moim dzisiejszym wystąpieniu.

Polskie słowo “honor” zostało przejęte z języka łacińskiego, i oznaczało pierwotnie tyle, co uczciwość. Z czasem “honor” nabrał znaczenia bardziej ogólnego i dziś określa się jego sens przy pomocy takich słów jak: godność, cześć, dobre imię, poważanie czy szacunek. Kiedy w jakiejkolwiek wyszukiwarce internetowej wpiszemy słowo „honor” to  ukażą nam się zdumiewające określenia. Człowiek honoru to: altruista, anioł, bez skazy, człowiek o gołębim sercu, dobra dusza, ideał, poczciwiec, porządny, prawy, szlachetny, uczciwy, uosobienie dobroci.

Najczęściej honor  traktowany jest jako jedna z cnót moralnych, jednak cnotą – w ścisłym sensie – nie jest. Honor jest dobrem – celem cnoty, dziś zapomnianej, którą nazywa się wielkodusznością. Cnota ta pozwala honor zdobywać i ciągle go rozwijać. Honor jest zatem dobrem duchowym związanym z wyjątkową godnością człowieka.

Każdy z nas, zarówno mężczyzna jak i kobieta,  na pytanie czy jest człowiekiem honoru – oczywiście odpowie twierdząco. Człowiek nie lubi przyznawać się do swoich wad, słabości a tym bardziej do swojej małości. Czy jednak każdy jest człowiekiem honoru? Często jesteśmy przekonani o swojej wielkości, szacunku i uznaniu ze strony otaczających nas ludzi, a stan faktyczny jest zupełnie inny. Dobrze pamiętamy  z niedawnej przeszłości znane, jakże kontrowersyjne  postacie świata polityki,  które w mediach lansowano  jako „ludzi honoru”, co z rzeczywistością i oceną większości Polaków niewiele miało wspólnego.

Nie ulega wątpliwości, że honoru nie wystarczy zadeklarować. Jednoznacznie czy ktoś jest honorowy czy nie, możemy dopiero stwierdzić na podstawie oceny jego zachowania,  bieżącego postępowania, wyznawanych przekonań, prezentowanych postaw. Osoba, którą oceniamy jako honorową  niezależnie  od sytuacji jeżeli jest przekonana o swoich racjach nie zmienia przekonań, wyznawanych wartości, obranej drogi choćby konsekwencje jej czynów były dla niej niekorzystne. Człowiek taki ma bardzo silne poczucie własnej wartości i równie silną wiarę w to, że to co czyni jest słuszne i prawe. W każdej sytuacji stara się udowodnić innym, iż honor jest najważniejszą rzeczą, którą posiadamy, bo w przeciwieństwie do godności nikt nie może nam jej odebrać.

Nie wiem czy znane jest wszystkim  świadectwo  Aleksandra Sołżenicyna, wybitnego rosyjskiego pisarza, dzięki  któremu świat poznał prawdę o łagrach i skrywanej przed opinią publiczną części historii Związku Radzieckiego, który w trakcie pobytu w łagrze w Jekybastuzie  (ros. Ekibastuz) poznał Polaka, Jerzego Juliana Węgierskiego, członka AK i organizacji „NIE”. Dzięki postawie naszego rodaka podczas buntu więźniów, Sołżenicyn na łamach słynnego „Archipelagu GUŁag” w ten sposób scharakteryzował honor Polaków i dumę naszego narodu:

I zrozumiałem, co to jest polska duma – i na czym polegał sekret polskich powstań, tak pełnych zapamiętania. Polak, inżynier Jerzy Węgierski był teraz w naszej brygadzie. Odsiadywał ostatni, dziesiąty rok swojej kary. Nawet gdy był kierownikiem robót, nikt nie słyszał od niego ostrego słowa. Był zawsze cichy, uprzejmy, wyrozumiały. A teraz – twarz mu się zmieniła. Z gniewem, pogardą i męką odwrócił oczy od tego żebraczego orszaku, wyprostował się i krzyknął ze złością, donośnie:– Brygadzisto! Mnie proszę na kolację nie budzić! Ja nie pójdę! Wdrapał się na górne nary, odwrócił się do ściany – i nie wstał. Myśmy w nocy poszli jeść – a ten nie wstał! Nie dostawał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie bywał syty – a nie wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła mu przesłonić obrazu bezcielesnej Wolności. Gdybyśmy wszyscy byli tak dumni i nieustępliwi – to jaki tyran by się ostał?”

Przepiękne świadectwo potwierdzające jakim Narodem jesteśmy i jak wspaniałymi, honorowymi ludźmi potrafimy być.  I tak jest, Bogu dzięki,  w każdym pokoleniu Polaków!

Wracając do honoru należy podkreślić, że za honorowe uznawane jest przyznawanie się do błędu, dotrzymanie danego słowa, zwrot długu, bezinteresowna pomoc w nagłych wypadkach (jakże wspaniała robotę wykonują wolontariusze), obrona Ojczyzny,  zakończenie walki w przypadku przeciwnika konającego lub bezbronnego, podtrzymywanie swoich racji, a nade wszystko, obrona słabszych i bezbronnych.

Ale są też przykłady negatywne.  Za niehonorowe uznawane jest  między innymi kłamanie w żywe oczy (czynią tak ludzie fałszywi), niepomaganie bliźnim w potrzebie, napuszczanie jednych na drugich, kopanie leżącego, okradanie i oszukiwanie sierot, pogorzelców itp. (takich ludzi określa się mianem hien), zmiana poglądów w zależności od sytuacji  w celu osiągnięcia własnych korzyści (oportunizmlizusostwo), czytanie cudzej korespondencji, nieuznanie przegranej w sporcie, wyborach politycznych lub losowaniu, znęcanie się nad młodszymi, słabszymi, znęcanie się nad współmałżonkiem i własnymi dziećmi, wykorzystywanie seksualne nieletnich, wykorzystywanie swojej przewagi w relacjach międzyludzkich, wyrachowanie, udawanie kogoś innego niż się faktycznie jest, tak aby osiągnąć swój cel wprowadzając kogoś w błąd itd.,  itp.

Koniecznie należy również wspomnieć o zagrożeniach  dla honoru, bowiem zdobywanie honoru może też niepostrzeżenie ulec wypaczeniu w wyniku zdominowania naszych dążeń przez niskie nieszlachetne pobudki czy nawet wady. Pierwszą z nich jest zarozumiałość, czyli przecenianie swoich zdolności i porywanie się na rzeczy przekraczające własne siły i możliwości.

Kolejną jest niezdrowa ambicja, czyli podejmowanie trudnych, wymagających męstwa, szlachetnych zadań ze względu na korzyść jaką one przynoszą. Jeszcze gorszą od ambicji jest próżność, która polega na szukaniu tylko rozgłosu i sławy, ale już bez podejmowania czynów godnych i wielkich (rozgłos i sławę można zyskać czymkolwiek, nawet czynami hańbiącymi, np. wywołując skandal obyczajowy). Przez wiele lat z powodzeniem czynił  to Jerzy Urban za pomocą publikacji tygodnika  ”Nie”. Próżności towarzyszy często marzycielstwo, czyli pielęgnowanie w sobie obrazów wielkich wydarzeń, w których człowiek wyobraża sobie siebie jako bohatera wzbudzającego podziw u wszystkich.

Trzeba też zauważyć, że postawa honoru obejmuje nie jakieś jedno konkretne zachowanie, ale dotyczy wielu różnych cnót i czynów (eksponujemy honor Polaka, żołnierza, policjanta, posła). Mają też swój honor złodzieje czy też osoby przebywające w więzieniach lub ośrodkach odosobnienia. Są to jednak negatywne przykłady, których nie należy pochwalać. Honor jednoznacznie powinien kojarzyć się z osobami godnymi szacunku, uznania i naśladowania, osobami szlachetnymi i prawymi.

Początkowo honor przypisywano wyłącznie stanowi rycerskiemu. Rycerz w Iliadzie Homera ze względu na swoją godność nie mógł dopuszczać się czynów niegodnych, takich jak: ucieczka z pola walki, opuszczenia przyjaciela w potrzebie, niedotrzymania przysięgi, niewdzięczność za udzieloną gościnę, chciwość; skąpstwo. Natomiast musiał przestrzegać reguł walki: oszczędzania tego, kto się korzy i prosi o litość, szanować posła, przestrzegać rozejmu; zezwalać na pogrzeb poległych, itp.

Podobnie też rycerz średniowieczny musiał kierować się konkretnymi zasadami: nigdy nie oszukiwać, dotrzymywać słowa oraz zobowiązań bez względu na okoliczności; okazywać niezłomną wierność wobec swego pana, rodu, stanu rycerskiego i damy serca. Honor rycerski wymagał również godnego sposobu zachowania się, pewnych manier i odpowiedniego sposobu wysławiania się.  

W polskiej historii i literaturze honor jest często łączony z patriotyzmem i bohaterstwem. Dla zilustrowania postawy honoru przywołajmy kilka przykładów z dziejów naszej Ojczyzny. Honor polskiego króla w sytuacji najwyższego zagrożenia dla kraju objawił Bolesław Krzywousty, który w czasie walk w 1109 r. przesłał cesarzowi niemieckiemu Henrykowi V poselstwo z oświadczeniem: Wolę w tej chwili stracić królestwo Polski, broniąc jej wolności, niż na zawsze je w spokoju zachować w hańbie (poddaństwa).  Postawę tę zanotował Gall Anonim w Kronice Polskiej.

Honoru Polaka i posła bronił Tadeusz Rejtan, który na sejmie rozbiorowym rozpaczliwie powstrzymywał posłów przed aktem zdrady i zaklinał ich na honor: Kto kocha Boga, kto wierny Ojczyźnie, niech jej nie odstępuje, wszak widzicie, że idzie o zniszczenie praw jej najdroższych. Dramat ojczyzny był jego osobistym dramatem, o czym świadczy fakt, że popadł w obłęd i miał w nim pozostać już do końca życia. Jego losy opisał J. R. Nowak, w Czarnej legendzie dziejów Polski.

Przykład postawy godnej i honorowej dawały nawet polskie dzieci, jak te we Wrześni w 1901 roku, podejmujące strajk szkolny w obronie ojczystego języka w nauczaniu religii.

Jakże piękny przykład honoru i patriotyzmu pozostawili młodzi Polacy walczący w Powstaniu Warszawskim i w każdym zrywie przeciw najeźdźcom ze wschodu i zachodu. Nie wspominając o honorze żołnierzy niezłomnych, torturowanych i katowanych w więzieniach komunistycznych czy o bohaterach cierpiących w niemieckich obozach koncentracyjnych lub w radzieckich gułagach.

Przykłady naszych bohaterów pokazują, że postawa honoru oznacza często rezygnację z powszechnego uznania i czci oraz przyjęcie potwarzy czy zniesławienia. To wyróżnia ludzi naprawdę “wielkiego formatu”, ludzi szlachetnych i mężnych.

Przykłady postawy honorowej można by wydobywać ze skarbca historii Polski bez końca. I trzeba to robić, patrząc na czasy obecne, dla których honor jakże często staje się pustym frazesem.

Dużo też zostało wypowiedziane i napisane o honorze górali. Uznaje się powszechnie, że niejako symbolem górali jest ich honor. To coś co nas wyróżnia  i podkreśla naszą wyjątkowość. Wielu z nas naprawdę potrafi zachować się honorowo w codziennym życiu, jak też w sytuacjach wyjątkowych.  Posłuchajmy historii opisanej humorystycznie przez Antoniego Kroha w książce ”Sklep potrzeb kulturalnych – po remoncie”. Antoni Kroh – etnograf, historyk kultury, literat.  Urodził się w Warszawie ale parę lat życia spędził w Bukowinie Tatrzańskiej. Autor bestsellerowej opowieści o Bukowinie Tatrzańskiej, Podhalu, góralszczyźnie i o nas wszystkich.

„Bo jeśli ktoś ma honor, to ma go przede wszystkim wtedy, gdy mu się to nie opłaca. Jędrzej Opacian Kubin, spinkarz z Ratułowa, gdy skończył siedemdziesiąt pięć lat (było to za późnego Gomułki), dostał pismo: Obywatel Opacian Kubin Andrzej, Ratułów. W związku z nadaniem Obywatelowi Złotego Krzyża Zasługi prosimy o przybycie w dniu… do Ministerstwa Kultury i Sztuki, Warszawa, Krakowskie Przedmieście numer, pokój numer, celem uroczystej dekoracji. Pożądany strój regionalny. Ministerstwo zwraca koszty przejazdu II kl. pociągu pośpiesznego. Pieczęć, podpis nieczytelny. Kubin wyrwał kartkę z zeszytu wnuka, siadł i odpisał: Niek bedzie pofolony Jezus Kristus! Kie jo fcem komusi dać podarek, to mu go niesem, a nie odkazujem, coby ku mnie przyseł. Kubin. W ministerstwie nie wiedzieli co z tym zrobić, wysłali odznaczenie do Nowego Targu. Stamtąd wezwali Kubina nowym pisemkiem. Odpisał: Niek będzie pofolony Jezus Kristus! Nie pojehałek ku panowi, nie pojadym ku pahołkowi. Kubin. Więc przyjechała do Ratułowa czarna wołga z powiatu, dekoracja odbyła się w izdebce. Było tam rozgrzebane łóżko, niezamiecione klepisko, pod oknem kowadełko, stół, narzędzia. Kubin przyjął medal, dźwignął klapę w podłodze, zszedł do piwnicy po litworówkę, poczęstował gościa. Gość wypił, usiadł na łóżku i wygłosił pogadankę na temat kulturalnego zachowania, że władzę wypada szanować, ale władza ludowa nie jest mściwa, wprost przeciwnie, wyrozumiała i Kubinowi wybacza, ponieważ rozumie, że artysta miał trudne dzieciństwo i nie nabrał ogłady. Kubin słuchał z wielką powagą, a na pożegnanie powiedział: – Panie. Barz wom dziękujem za medal i za to, coście prziseł zaźryć ku mnie. Ale nie zaboccie na drugi roz powycierać butów, bo nie mom rad błota w izbie. Sprzątanie mie straśnie mierzi. Boze wos prowodź.”

Reasumując: nie tylko dla górali, ale dla nas wszystkich niezmiernie ważny jest honor, bycie honorowym, uznanie za „człowieka honoru”.  Musimy jednak pamiętać, że nie jest to gra pozorów.

 

– nie chodzi o to aby coś udawać, przedstawiać siebie w nieprawdziwym świetle tylko po to, aby zyskać uznanie,

– nie chodzi o to, aby w środowisku uchodzić za człowieka honoru a równocześnie w domu, dla najbliższych być katem, oprawcą,

– nie chodzi o to, aby pięknym słowem zachwycać otoczenie, podbijać serca słuchaczy dowcipem, głosić piękne ideały a następnie skończyć z butelką, niewiele wiedząc o czym to poprzedniego dnia była mowa,

– nie chodzi o to, aby w kościele zajmować pierwsze miejsca w ławkach, fundować posągi świętych, żyrandole, obrazy,  a równocześnie okłamywać i  okradać najbliższych, zatruwać  życie sąsiadom, złym słowem niszczyć swoich bliźnich.

Nie na tym polega honor! Bycie honorowym musi być autentyczne, wypływające z potrzeby serca. Musi być czyste, nie  może  być zatrute interesownością, pychą, próżnością lub nieuczciwością.

Na zakończenie wróćmy do pytania „Skąd czerpać siłę na bycie honorowym?”, tak, aby nie był to tylko mój upór, moje ”ja” tryumfujące na każdym kroku i miejscu gdzie się znajduję? Mój honor ma bronić świata wartości. Aby go bronić trzeba go mieć. Św. Jan Paweł II ujął to prosto i dosadnie: „Trzeba bardziej być niż mieć”. Wprawdzie mój starszy kolega, znany wszystkim  benedyktyn z Tyńca o. Leon Knabit zna jeden wyjątek od tej reguły, a mianowicie twierdzi, że ”lepiej mieć 100 świń, niż być jedną świnią”. Ale wyjątek potwierdza regułę.

Cóż wiec oznacza „być”? Znaczy mieć świadomość, że jest się człowiekiem stworzonym na obraz i podobieństwo Boga, a więc szczytem Bożego stworzenia. Św. Jan Paweł II mówił w Częstochowie w 1991 roku: Jestem człowiekiem, wiec czuwam. Jestem człowiekiem zasad. Tymi zasadami są przykazania boże i kościelne. Warto więc odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: kim dla mnie jest Bóg? Całe moje życie, moje czuwanie, jest odpowiedzią dawaną Bogu. Każdego dnia opowiadam się za Bogiem lub przeciw Niemu. Św. Augustyn w swoich „Wyznaniach”, wyrzucał sobie, że zbyt późno poznał i umiłował Boga. Czuwajmy wiec i spieszmy się kochać Boga i bliźniego a wtedy łatwiej będzie nam stawać się ludźmi honoru. Z miłością i troska pochylajmy się nad biednymi i najsłabszymi, szanujmy i kochajmy naszych bliskich, członków naszych rodzin, traktujmy z godnością naszych przyjaciół, sąsiadów, współpracowników i podwładnych, troszczmy się o dzieci i starszych, nikogo nie zostawiając w potrzebie. Dopomoże nam Matka Boża, Maryja i święta Ewangelia, z której starajmy się czerpać siłę do podejmowania codziennych obowiązków.

Przez tyle pokoleń Polki haftowały i wyszywały na sztandarach hasło tak drogie każdemu  kto ma polską duszę: Bóg, Honor, Ojczyzna. Niech ono nadal towarzyszy nam w życiu i pozwoli jeszcze lepiej miłować Boga, naszą Ojczyznę i naszych bliźnich. 

Życzę wszystkim tu zebranym, aby mieli to wszystko co konieczne jest do godnego życia (niekoniecznie wcześniej wspomnianych „stu świń….”) Bierzmy przykład z tylu wspaniałych, honorowych ludzi, którzy żyli w bojaźni Bożej i nigdy nie krzywdzili swoich bliźnich, zarówno tu na szerokim Podtatrzu, gdzie wielu z nas ujrzało piękno świata jak też tam, gdzie przyszło nam żyć i pracować. Niech dalej honor kojarzy się z najpiękniejszymi postawami Polaków. Czego Wam i sobie samemu życzę.

Ojczyznę naszą pobłogosław Panie!

Kilka lat temu, dziękowaliśmy Bogu za to, że sto lat wcześniej, po 123 latach niewoli i rozbiorów, rusyfikacji i germanizacji, po wielkich powstaniach, nasza Ojczyzna odzyskała wolność i niepodległość. Mieliśmy powód do radosnego świętowania, ale także do refleksji nad tym, w jaki sposób – przywołując  słowa św. Jana Pawła II – odpowiadamy na ten dar wolności. Jest on bowiem wciąż naszym zadaniem, czyli przestrzenią do zagospodarowania.

Z mojego dzieciństwa pamiętam starą kopertę przysłaną do pradziadka od jednej z córek, które na przełomie wieku XIX i XX wyemigrowały do Ameryki. Nie mogłem nadziwić się adresowi: Józef Zarębczan, wieś Gronków k. Nowego Targu, Austria.  Jaka  Austria? Czyż Gronków, Nowy Targ nie leżą w Polsce? Babcia uśmiechając się i zrobiła mi pierwszy wykład z historii Polski.  Sto lat temu nie było Polski. Oczywiście, był Gronków, było Zakopane, była Naprawa, Kraków czy Warszawa, ale nie było Polski.  W naszych stronach była Austria, w innych Rosja i Prusy.  Nieistniejąca na mapach Europy odrodziła się, bowiem przetrwało źródło jej wielkości, zbudowanej na tysiącletniej wierności Bogu, tej wierności, z której narodziła się i wyrosła heroiczna miłość do Ojczyzny i wierność wobec niej.

Wierna miłość do Boga i wierna miłość do Ojczyzny wypływała z nieustannie bijącego w sercach synów i córek polskiej ziemi źródła Ewangelii. Tak podczas potopu szwedzkiego, jak i w czasie rozbiorowej germanizacji i rusyfikacji „Kościół Matka nasza” czytał swym dzieciom po polsku w każdą niedzielę słowa Pisma, wieńczone słowami Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa. A w szlacheckich dworkach czy chłopskich chatach karmiono się słowami życia i modlitwy z Psałterza Dawidowego w natchnionym, poetyckim przekładzie Jana Kochanowskiego. Nie tylko w czasie Chrztu Polski, ale przez całe wieki, a zwłaszcza podczas ciemnej nocy rozbiorów Pismo święte było dla Polaków kodem ich chrześcijańskiej i polskiej kultury, czyli zbiorem najważniejszych pojęć, dzięki którym mogli się nieustannie porozumiewać na najgłębszym poziomie Ducha i tworzyć jedną, nierozerwalną wspólnotę wierzącego Narodu.

Kiedy Polska utraciła swoją państwowość, Polacy nie upadli na duchu i do Tego, który wszystko może zaczęli wołać:  „Przed Twe ołtarze zanosim błaganie…. Naszą ojczyznę racz nam wrócić Panie” – tak  śpiewano w zaborze rosyjskim;  „Spod jarzma Niemców wybawże nas Panie” – śpiewano na Śląsku. A w PRL-u wszyscy śpiewaliśmy „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. 

              To w czasie zaborów, ku pokrzepieniu serc powstała piosenka „Płynie Wisła, płynie, po polskiej krainie”. Kto z nas nie wzruszał się jej słowami? „ Nad moją kolebką Matka się schylała i mówić pacierza wcześnie nauczała… ”Ojcze nasz” i „Zdrowaś” i Skład Apostolski, bym do samej śmierci kochał naród Polski… Bo ten naród polski ma ten urok w sobie, kto go raz pokochał, nie zapomni w grobie”.
              Bóg naszych ojców, nasz Bóg, ulitował się nad swoim ludem i pozwolił, że Polska zmartwychwstała.  Kiedy nadszedł czas świętowania z zadumą i wdzięcznością spoglądaliśmy na naszą historię. W stulecie odzyskania niepodległości dumny naród Polaków, wierny Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, nie tylko odnowił w sobie pamięć o własnej wielkości, ale innym narodom współczesnej Europy, pogrążonym w kryzysie, przypomniał o ich duchowej tożsamości. Tego uczył nas Papież Polak w pamiętnym kazaniu na Placu Zwycięstwa, podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny, przywołując Pacierz za zmarłych: „Nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie. Na ilu to polach walk polski żołnierz świadczył o prawach człowieka wpisanych głęboko w nienaruszalne prawa narodu, ginąc „za wolność naszą i waszą”? Gdzie są ich groby, Polsko! Gdzie ich nie ma! Ty wiesz najlepiej – i Bóg wie na niebie”.

W stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę uświadomiliśmy sobie jeszcze bardziej jak wielkim skarbem jest polskość. Nie zmieni tej dumnej postawy Polaków żadna stara czy nowa szkoła pogardy, żadna pedagogika wstydu, wzywająca nas do kajania się za zło którego się nie dopuściliśmy. Bądźmy wierni dziedzictwu, któremu na imię Polska, za które cenę krwi zapłacili nasi ojcowie…. I uczmy się prawdziwej miłości do Boga i Ojczyzny. Uczmy się być wiernymi tej miłości i nigdy nie zapominajmy o tych, którzy niepodległość wyśnili, wywalczyli, wymodlili i wycierpieli.

Świętując odzyskanie niepodległości przypominaliśmy sobie bolesną prawdę, iż wolność nigdy nie jest dana raz na zawsze, że niezależność polityczna czy gospodarcza nie oznacza jednoczesnej niepodległości ducha. Można obronić państwowość, a zatracić ducha. Podobnie jak wolność, również miłość do Ojczyzny stanowi wielki skarb, który można roztrwonić. Dlatego świętowanie setnej rocznicy odzyskania niepodległości Polski było nie tylko śpiewaniem dziękczynnego „Te Deum laudamus”, ale też świadomością, iż w tym radosnym czasie należy pamiętać o wszystkim: o wielkim ,,Magnificat” i o naszych narodowych „Gorzkich żalach”, o polskich „Godzinkach” i o suplikacjach, o polonezach Chopina i o „Wyjeździe z Polski” Michała Lorenca. Z bólu i cierpienia rodzi się miłość do Ojczyzny, o której pomyślność modlą się miliony polskich serc na całym świecie. Jesteśmy Polakami – pamiętamy o dziedzictwie naszych ojców – czuwamy przy skarbie naszej ojczystej wiary. Święty czy niedowiarek, każdy Polak ze wzruszeniem patrzy w stronę Jasnej Góry i Ostrej Bramy, bo bez tej duchowej mocy nie byłoby Polski, nie potrafilibyśmy ocalić tego, co stanowi istotę naszego bytu narodowego.

Polacy dobrze wiedzą, że ich największym sprzymierzeńcem była i jest Maryja, Królowa Polskiej Korony. Ostatnio podarowano mi piękny album „Wielkie rzeczy zamierzam dla Ciebie, Polsko”. Są to słowa Matki Bożej, a równocześnie bardzo trafnie dobrany klucz do ukazania duchowego oblicza polskiego narodu. W naszym kraju kult Matki Bożej tak ściśle złączył się z życiem narodu, że Maryja niejednokrotnie stawała się źródłem ratunku, niespodziewanych zwycięstw, odnowy państwa. Nasza polska droga to droga maryjna. Wzywanie Maryi jako Królowej Polski jest podkreśleniem Jej wyjątkowej roli w dziejach narodu polskiego. Maryja Królowa Polski stała się punktem odniesienia w czasie zrywów narodowych, kształtowania się idei wolności oraz nadziei na duchowe odrodzenie. Kard. August Hlond na łożu śmierci powiedział, że „zwycięstwo, jeśli przyjdzie, będzie to zwycięstwo Najświętszej Maryi Panny”. Tymi słowami Polska żyje do dziś. Wielokrotnie odwoływali się do nich kard. Stefan Wyszyński oraz Jan Paweł II. Wskazywali oni Polakom drogę zawierzenia przez Maryję jako najpewniejszą drogę zwycięstwa.

              Mijają wieki, a my trwamy i coś nam w duszy gra. A śpiewając Bogurodzicę, Mazurka Dąbrowskiego, Boże coś Polskę, My chcemy Boga czy nawet dopingując naszych sportowców krzycząc Polska, Polska, lub Polska gola, odczuwamy niekłamane wzruszenie, łzy same cisną się do oczu. Wzruszamy się także kiedy  telewizja przywołuje sceny w których Papież Polak wołał: „Pokój tobie, Polsko, Ojczyzno moja!” Dopóki tak jest, wierzymy, że Polska nie zginie. Nie tylko w swej niepodległości politycznej, ale nade wszystko w tym, co stanowi wielkie wyzwanie dla przyszłych pokoleń – w niepodległości ducha.

Współczesny bard, Maciej Wróblewski śpiewa w jednym ze swoich utworów:

„Zaszum nam Polsko jak husarskie skrzydła 
co strwożą wroga a w nas ducha wzniosą 
i niech w chorągwiach Matka nasza czuwa 
nad zagonami ponad krwawą rosą

Zaszum nam Polsko wysoko nad głową 
wielką chorągwią Twego zmartwychwstania 
byśmy wrócili do gniazda Ojczyzny 
którą skrzydłami Orzeł znów osłania

przed mroźnym wiatrem co wieje ze wschodu 
przed wiatrem kłamstwa co z zachodu wraca 
Zaszum nam Polsko jak husarskie skrzydła 
szumem co wiarę w zwycięstwo przywraca”

W tym utworze, w tej pieśni, jest duch niezłomny Polski i Polaków, którzy gnębieni przez wrogów z bliska i z daleka, znajdowali zawsze w sercach swych dość siły do walki aby  trwać, by przetrwać, gdy moce ciemności i zła, zniszczyć chciały i unicestwić ich Dom. Naszą Matkę, naszą Ojczyznę, Polskę.

             Polonia semper Fidelis! Polska zawsze wierna!  Ci, którzy idą po nas, zapiszą nowy Polaków portret. Portret wielkości zrodzonej z wierności i miłości prawdzie. Właśnie o taką Polskę się zmagamy, podejmujemy codzienny wysiłek: heroizm zwyczajnych dni. O Polaków wiernych Bogu i Ojczyźnie. Jeżeli zniknie ta wierność, to Polska nie będzie już Polską. A przecież tego pragniemy dla naszej Ojczyzny: żeby Polska była Polską! Ziemią pięknych ludzi, którzy swoje dzieje związali z Bogurodzicą Dziewicą i wspólnie  budują ojczysty dom, gdzie „Piękno po to jest, by zachwycało do pracy, a praca – by się zmartwychwstało” jak chce jeden z naszych wieszczów, Cyprian Kamil Norwid.

W świecie, w którym żyjemy warto jest znać swoją tożsamość i trwać w wierności temu, co prowadzi do prawdziwego życia. Pismo święte, źródło kultury i historii ludów Europy, nie tylko nas Polaków, nieustannie uczy i przypomina, że nasza kondycja, nasza podmiotowość, niepodległość ducha, pochodzi od Tego, który jest Autorem świata i jedyną Rzeczywistością. W Nim – jak głosi Pismo św. – „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,28). W Nim również tworzymy, powtarzając gest kreacji samego Boga. Prawdziwym zagrożeniem dla współczesnego świata jest zanik podmiotowości, utrata tożsamości i poczucia wartości własnego życia, oderwanie człowieka od Boga i od źródła Ewangelii, dzięki któremu stał się człowiekiem, oderwanie od historycznych korzeni własnego domu, rodziny, narodu, ziemi ojczystej, języka. To niebezpieczeństwo niesie ze sobą ryzyko „katastrofy antropologicznej”, przekształcenia ludzi w istoty niepełne, pozbawione prawego sumienia i szlachetnego serca, jak również zdolności słuchania Boga, który mówi słowami Pisma, a zwłaszcza słowami Chrystusa zapisanymi w Ewangelii.

W naszym świecie czytanie gazet zastąpiło codzienną modlitwę, a to, co pośpieszne, tandetne i przemijające wyparło z życia ludzkiego wieczność. Coraz bardziej przenika dusze współczesnych pedagogika wstydu a także pogarda dla heroizmu, odmawiająca ludziom wielkości, która postuluje i nakazuje zarazem, by każdy czuł się dobrze we własnej skórze, nie oglądając się na innych. Tymczasem jesteśmy powołani, by ze świętym Stanisławem Kostką, patronem roku 2018 powtarzać sobie w sumieniu i publicznie wyznawać: „do większych rzeczy jestem stworzony” .

               Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, świat potrzebuje Chrystusa. Potrzebuje Polski i Polaków, których życie stanie się świadectwem, że można, trzeba i warto trwać przy wartościach, mających swe źródło w Ewangelii Jezusa Chrystusa. Niech zatem Pan Bóg błogosławi Polakom, wiernym Bogu i Ojczyźnie – niechaj błogosławi Polskę, ten Naród zrodzony z łez, potu i krwi, który od zarania dziejów, od swojego chrztu – swoja historię wpisuje w świętą Księgę mądrości Boga.

               Zaiste, my chcemy Boga, który i dzisiaj do nas mówi słowami Ewangelii jak przed wiekami mówił do świętych Wojciecha i Stanisława, biskupów i męczenników, do św. Jadwigi – królowej i do św. Jana z Kęt – rektora Akademii Krakowskiej, do św. Andrzeja Boboli i św. Maksymiliana Kolbe, głosicieli Ewangelii i męczenników, do św. Faustyny, sekretarki miłosierdzia Bożego, do bł. Ks. Jerzego Popiełuszki i do sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego, heroicznych obrońców chrześcijańskiego ducha w totalitarnym świecie materialistycznego ateizmu i do św. Jana Pawła II, najwspanialszego syna Matki Polski i Matki Kościoła. To dzięki takim ludziom, którzy słyszeli i rozumieli to, co Bóg do nich mówił o miłości zwyciężającej, śmierć, Polska zawsze była i jest nadal. I dzięki takim ludziom, którzy dzisiaj słyszą i rozumieją, co Bóg do nich mówi słowami Ewangelii w świecie nowych wyzwań, zagrożeń, ale i szans, Polska będzie zawsze Matką cieszącą się swym szlachetnym potomstwem! Tą nadzieją ożywieni, pełni dumy z naszych dziejów, inspirowanych mądrością i prawdą Ewangelii Jezusa Chrystusa, możemy z nadzieją patrząc w przyszłość i śpiewać:  „Weź w opiekę naród cały, który żyje dla Twej chwały, niech rozwija się wspaniały, Maryjo!”

Nasz wielki rodak, św. Jan Paweł II uczył nas jak kochać Ojczyznę i pozostawił nam wiele wspaniałych tekstów nad którymi powinniśmy się stale zatrzymywać i czerpać z nich konkretne wskazówki jak mamy postępować w codziennym życiu. Pamiętamy kiedy w Warszawie wzywał Ducha Świętego, aby zstąpił i odnowił oblicze naszej polskiej ziemi, kiedy w Kielcach wołał „To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry”,  kiedy w Skoczowie przypominał, że Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia, czy kiedy w Zakopanem mówił do nas, górali: „Na was zawsze można liczyć!”

             Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Chciałbym przytoczyć  jego słowa wygłoszone na krakowskich Błoniach w 1979 roku: „Proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością

– taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym,

– abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili,

– abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy.

Proszę was:

– abyście mieli ufność nawet wbrew każdej waszej słabości, abyście szukali zawsze duchowej mocy u Tego, u którego tyle pokoleń ojców naszych i matek ją znajdowało,

– abyście od Niego nigdy nie odstąpili,

– abyście nigdy nie utracili tej wolności ducha, do której On wyzwala człowieka,

– abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest największa, która się wyraziła przez Krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu” (Jan Paweł II w 1979 roku na krakowskich Błoniach podczas wielkiego Bierzmowania Narodu).

            Weźmy sobie głęboko do serca ten wielki testament miłości i troski o naszą wspólną Ojczyznę, Polskę. Abyśmy nigdy sami nie podcinali tych korzeni, z których wyrastamy.

„Przed Twe ołtarze zanosim błaganie…. Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”.